Aktualności
marzec 2000…
21 maj 2008 napisane przez pelasia
Wróciłam od znajomych… Byłam przemarźnięta i wkurzona… Po drodze kupiłam lody dla Mamy bo wiedziałam, że je lubi nawet zimą…
Spała gdy weszłam do mieszkania…
-O, już jesteś…. Ehhh, źle się czuję-powiedziała
-Ok, pogadajmy chwilę, zjedz loda i pójdę spać…
-Żartowałyśmy, smiałyśmy się…
Poszłam do swojego pokoju, położyłam się spać. Dochodziła północ. Wstałam i poszłam do Mamy, zobaczyć jak się czuje.
Jej ciało leżało oparte o ścianę…białka oczu wywróciły się do góry, spazmy agonii targały Jej ciałem…
Wpadłam w szok. Zaczęłam krzyczeć. Nie wiem jak wezwałam pogotowie. Przyjechali, stwierdzili zgon mojej jedynej w życiu przyjaciółki. Zaaplikowali mi środki odurzające, pomogli zadzwonić do rodzeństwa. Krzyczałam, że mogą Jej jeszcze pomóc. Wiedziałam, że nie mogli.
Moje życie razem z Jej życiem chyba dobiegło już końca. Nie pamiętałam pogrzebu, stypy. Pamiętam tylko Jej zimne, nieruchome ciało, którego już nigdy nie miałam zobaczyć. NIGDY. To słowo dźwięczało w moich uszach niczym pokusa. Nie chciałam życ. Pierwsze dwie doby od tej strasznej chwili rodzeństwo pilnowało mnie na zmianę bo gdy brat przybiegł w nocy na wezwanie sąsiadki zobaczył mnie zwisającą z okna II piętra głową w dół. Wiedzięli, że jestem skłonna pognać za Mamą. Nie chciałam żyć.
Po stypie zapewniwszy ich, że jakoś się trzymam i tylko potrzebuję samotności dla myśli poszłam do domu po drodze kupując litr wódki. W domu miałam w zapasach Mamy kilka opakowań relanium 5 mg. Ułożyłam to obok wódki. Wiedziałam, że nie dam rady żyć bez TEJ jedynej przyjaźni, że nie pogodzę się z tym, że nic nie mogłam zrobić… Może mogłam?????
Była już noc, pomyślałam, że to dobry moment, już nikt nie przyjdzie mnie szpiegowac i wtedy pomyślałam o Januszu. Moja Mama tak Go uwielbiała… W jakiś sposób łączyła Nas… Ona i Nasze nigdy nie zakończone uczucia… Pomyślałam, że chciałabym Go ostatni raz usłyszeć…
Zadzwoniłam.
-Janusz….Moja Mama umarła…-szlochałam-rano zabrali Ją do kaplicy….
Janusz rzucił słuchawke i za 5 minut był u mnie. Zostawił w nocy Żonę, dziecko, wszystkich i pognał do mnie…do dziś nie wiem czemu… Może pomyślał o tym, że w chwili śmierci Mojego Taty zawiódł??? Ale przeciez nie wiedział… Tamta gówniara mu nie przekazała, że byłam.
Tulił mnie i pocieszał aż zasnęłam bezwiednie. Potem, nad ranem poszedł do siebie by wyszykować się do pracy.
Nigdy nie psytałam czy był na pogrzebie. I nie spytam. A sama tak niewiele pamiętam…
Wódki wtedy nie wypiłam, tabletki zostały nietknięte na swoim miejscu.
W dzień kobiet pochowaliśmy moją Mamę. A myślałam, że tamten okres czasu był najgorszy w moim żcyiu….Nie! Śmierć Mamy….to mnie wewnątrz zabiło….
Janusz pojawił się w tydzień po pogrzebie. Przychodził z synem, sam. Spędzaliśmy potajemnie mnóstwo chwil. Był przy mnie przez 2 m-ce. Wtedy poznałam Bohdana. Starszy Pan, wdowiec z dorosłymi dziećmi, pomysłem na życie i sporym bagażem doświadczeń.
Spotykałam się z nimi na zmianę.
W 4-mce po śmierci Mamy Bohdan wprowadził się do mnie stopniowo separując się od dzieci. Ale zanim to nastąpiło Janusz przeszedł ze mną Gehennę. Wszystko przez…no właśnie…kogo tu winić?
Był maj, małe spotkanie w moim mieszkaniu. Ja, Janusza kolega i moja (od 20 lat) przyjaciółka. Wszyscy już dorośli. Ja 25 lat, Janusz 33. Monika 26 i Jurek 37. Miły towarzyski wieczór. Janusz rozpędził towarzystwo ok 22:00 i sam udał się do swojego auta by wrócić do Żony i codzienności. Stanęli we troje pod moim oknem nie widząc, że w nim “wiszę”. Wtedy usłyszałam:
-Janusz…chodź do mnie…Mam flaszeczke…Nic nie powiem Basi…Chodź do mnie na noc…-to moja “przyjaciółka” w ten sposób kupowała sobie noc z Januszem. Ze zdumienia opadła mi szczęka. Czekałam jednak na rozwój sytucji ale Janusz mnie nie zawiódł:
-Nie Monika. Ja Basi tego nie zrobię… Ona jest dla mnie zbyt ważna…
Poczułam niewysłowioną radość wobec Niego a wobec Niej pogardę jakiej nie znałam wcześniej.
I wszystko było dobrze gdy kilka tygodni później wyjrzałam sobie przez okno na ciepły letni wieczór. W drzwiach budynku gdzie miaszkała “przyjaciółka” (już nieaktualna wtedy) zobaczyłam zarys tulących się postaci. Nic więcej, tylko mężczyzna tulił do ramienia kobiete.
Zmroziło mnie. To był Janusz i Ona. Monika.
Nigdy się nie dowiedziałam co i czy do czegos doszło ale…wiedziałam, że to juz koniec i ej i Jego.
Na drugi dzień powiedziałam o wszystkim co się działo przez te lat Żonie Janusza. Wieczorem przybiegł do mnie wzburzony, Wioleta próbowała odebrać sobie życie. Bał się głównie o syna. Kochał Go. Nie krzyczał jednak tylko płakał….
-Basia…czemu? Za co to wszystko?
Nie powiedziałam co widziałam, wygoniłam Go z pogardą, nazwałam najgorszymi epitetami. On płakał a ja śmiałam Mu się w twarz. Nienawidziłam Go. A jednak…
Zniknął z mojego życia jak zraniony wilk….liżąc mnóstwo ran…
A ja postanowiłam zacząć życie od nowa.
Stworzono w Pamiętnik Pelasi |
Leave a reply
You must be logged in to post a comment.
