Aktualności

Subscribe to RSS feed

29 MAJ 2008 NIE JEST DOBRZE….

29 maj 2008 napisane przez pelasia

Kurcze, wczoraj sama się wygadałam, że mam kontakt z Januszem… Mąż w sumie bezproblematycznie wpadł na ten trop. Parę lat wstecz Janusz miał Mu załatwić ropę do Naszego dieselka… Tym razem też coś wspomniał… A ja Mężowi… Dwa do dwóch i była awantura z samego rana… Od tego czasu jest coraz gorzej… Choć wyglądało,że będzie ok.
-Ja wiem skąd Ty to paliwo chcesz załatwić, domyślałem się, że ciągle masz kontakt z tym gościem z tamtego miasta (i tu przytoczył Jego pseudo).
Zamilkłam, nie chciałam ani zaprzeczać ani potwierdzać. Niech wszystko toczy się swoimi torami-myślałam.
-Jestem pewien, że z Nim sypiasz. Ale ja mam to gdzieś. Kocham Cię.
Te słowa mnie zamurowały. W sumie po pierwsze nigdy nie mówi mi o tym tak sam z siebie, muszę to wymuszać. A do tego zamiast standardowej reakcji (wściekłość, wyzwiska, rozstanie) nagle przypomniał sobie o czułości. W jakimś stopniu mnie to wkurzyło, że potrzebuje “zagrożenie” żeby się postarać. W pewnym sensie to mnie przybiło, bo trudniej będzie zakończyć ten związek o ile wogóle się na to zdobędę.
Dziś od rana nerwówka, zadymy, awantury, prowokacje. Ciągle coś Mu się nie podoba. Ja też mam tego dość.
-Mógłbyś troszkę pobyć ze mną a nie z pilotem i telewizorem, porozmawiać, po prostu pobyć ze mną a nie obok mnie - powiedziałam wieczorem kładąc sie obok.
-Przestań kur… narzekać! Dość mam tego! Ciągle trujesz, marudzisz, narzekasz!
Po tym odwrócił się tyłkiem i po raz kolejny pokazał mi, że jako Mąż napewno się nie sprawdza. Mogę u Niego znaleźć wszystko niemalże oprócz fajnego seksu i…ciepła, czułości….
Gdyby nie Janusza wyjazd dziś byłby przełomowy dzień. Kazałabym się Mężopwi spakować i wynieść raz na zawsze! Od tylu już lat znoszę te wrzaski w odpowiedzi na moje potrzeby czułości, że mam tego dość. Dość!!!! Dość!!!! Dość!!!!
-Wal się - rzuciłam wstając z łóżka i poszłam do komputera. Miałam dobry humor i jak zwykle On postarał się, żebym go straciła. W takich chwilach nienawidzę Go strasznie…..
Siedzę i zastanawiam się co zrobić. Kazać Mu się wynosić? Sprowokować kolejną bezowocną dyskusję o Naszym związku, gdzie w efekcie On zacznie wydzierać mordę na całe osiedle a ja płakać… Czy przemilczeć to i zyć tak pozostałe mi lata życia…. Nie wiem co robić…
Do Janusza nie zwrócę się z niczym. Nie wiem czemu ale mam wrażenie, że nie powinnam obciażać Go tymi problemami. Sama powinnam rozwiązać problemy w swoim małżeństwie. Tak mi się wydaje. Miałam ochotę wyżalić Mu się z tego, że Mąż nie daje mi tego, co On potrafi dać w nadmiarze… Ale czy powinnam sprowadzać Jego rolę do chusteczki do nosa? Nie wydaje mi się… Nie spełnia przecież takiej roli… Jest Kimś bardzo ważnym.
Niebardzo wiem czy nie poczułby się jak taka właśnie chusteczka na łzy. I czy zniesie taką rolę.
Nie…Chyba nie…
Jestem dziś wyjątkowo przybita. Nie chcę iść z tym ani do Janusza ani domaga się niczego więcej od Męża. To bez sensu. Wiem tylko, że gdyby nie Janusza wyjazd….dziś pewnie nastąpiłby przełom w Naszym związku…
Najgorsze jest jednak, że wcale nie wiem czy tego chcę…
Niczego już nie wiem…
Ale może to tylko samotność….myśli wywołane głęboką samotnością…
A może się wypalam?

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

24 maj 2008 rozmowa telefoniczna

25 maj 2008 napisane przez pelasia

-Haloooooo-radosny głos wiedział kto obudził Jego dzwonek w komórce
-Cześć Skarbie- szepnęłam bezustannie kontrolując czy mąż nie wynurza się z sypialni. Głośno zapuszczona muza w salonie musiała skutecznie tłumić dzwięki telefoniczniej rozmowy w kuchni.
-Cześć Malutka…-oczami wyobraźni widziałam uśmiech na ustach Janusza.
-Co słychać Kociaku?-spytałam.
-Basiu…o rany, jak Cię słyszę odrazu wraca mi humor…czekałem…
-Wiem, ja też bezustannie o Tobie myślę…
-Basiu…musimy coś z tym zrobić… Wiesz…nie powiem Ci narazie nic ale ja mam już plan…Jak wrócę…
-Tak? A zdradź jakieś szczegóły-podpuszczałam Go, chciałam coś wiedzieć, czy to jest to-o czym myśle.
-Nie, teraz Ci nie powiem Malutka, ale już chyba mam dobry plan. W każdym razie Basiu….my musimy być razem… Popatrz, ja już wogóle nie żyję tak, jak kiedyś, nawet rodzina mnie nie poznaje…Ty wiesz Maleńka jak wspaniale jest budzić się trzeźwym, wracać do domu trzeźwym, jak super jest siąść z rodziną i normalnie spędzić miły wiosenny wieczór? Nie miałem pojęcia, że bez piwa może być tak fajnie… I nareszcie dociera do mnie czego chcę…
-Tak? A czego chcesz?-spytałam skracając Jego opowieści…wiedziałam, że bardzo się zmienił przez minionych kilka tygodni, Jego poglądy, pragnienia i myślenie zmieniło się radykalnie. Na lepsze. Choć cieszyła mnie Jego radość ze zmian, chęć dzielenia się tym ze mną….to jednak chciałam by był świadom skąd te zmiany, co je spowodowało.
-Ciebie Basiu, ja nie chcę żyć dłużej tak, jak żyłem… Musisz być zawsze obok mnie Kochanie moje…
-Wiesz, że nie będzie łatwo Januszku…Musisz wykazać więcej woli i determinacji niż ja…bo chyba tylko Twoja odwaga jest w stanie popchnąć mnie do własnych zmian…
-Wiem Basiu, wiem…. I wiem co muszę zrobić…Jak wrócę wszystko zrobię…
Milczenie, oboje zastanawialiśmy się nad słowami które padły. Zabrnęliśmy już strasznie daleko.
-Daleko to zaszło Januszku, prawda?
-Tak. I nie ma juz odwrotu Basiu…
-Oby było jak mówisz…Nigdy przez 15 lat nie wydarzyło się między Nami tak wiele jak przez ostatnich kilka tygodni…
-Dorosłem Basiu… I dla Ciebie chcę teraz żyć…
-Jeszcze za wcześnie na tę rozmowę Kochanie…-szepnęłam-jeszcze przyjdzie na to czas i pora.
-Dobrze Basiu, ale pamiętaj…Nie tylko ja wiem co Nas czeka, Ty wiesz, moja rodzina wie… Już wszyscy wszystko wiedzą… Ja nie pozwolę Ci uciec… Nigdy…..
-Ale Słonko…-studziłam Jego zapały-jeszcze wiele musi się wydarzyć, wierz mi…na tę rozmowę przyjdzie czas…
-Ok Maleńka…wyszorowałem dziś auto jak do ślubu….spróbuj się wyrwać na popołudnie, chciałbym zabrac cię nad morze, pospacerować po plaży, zjeść kolację przy szumie fal…
-Janusz, Skarbie, przecież wiesz, że to awykonalne. Niby co mam powiedzieć, że gdzie jadę? Po co? Do kogo? Kochanie…to się nie uda…
-Proszę Basiu…
-Nie da rady. Wiesz, że mój mąż ciągle mnie wszędzie targa ze sobą…i oczekuje tego samego. Nigdy nigdzie bez Niego nie jestem. Nie wymyślę nic, co dałoby się obejść….co mogłoby sie udać…
-Ehhhh….-wzdychał smutnie
Naprawdę nie ma opcji,żebym urwała się kiedykolwiek w na tyle sprytny sposób, żeby mąż czegoś nie wywęszył. Jakoś tak się to wszystko ułożyło. Nie chodzi o kontrolę.
-Basiu, za tydzień Czarek (Janusza kuzyn a chłopak z którym spędziłam 8 lat w tej samej klasie SP) bierze ślub i marzę o tym, że będziesz tam ze mną. Wiem, że trudno będzie Ci coś wymyśleć ale spróbuj…Boże…ile ja bym dał, żebyś mogła tam ze mną pojechać…
-Przykro mi Kochanie…-nie dodawałam nic więcej, nawet w najśmielszych snach nie liczyłam, że mogłoby to być możliwe. Wesele o 100 km od mojego miasta, dwa dni poza domem…weekend…Nie! To się nie uda choćbym przesunęła góry. Nie ma szans.
-Basiu…proszę Cię…to dla mnie takie ważne, chcę żeby naprawdę wszyscy w mojej rodzinie poznali moją Ukochaną….
Milczałam…Zastanawiałam się co powiedzieć. Brakowało mi słów a jednak rzekłam:
-Jeśli mnie się zabiera, to zabiera się na zawsze…mnie nie można mieć na zawołanie, wypozyczyć… Póki jestem mężatką, póki jestem z tym mężem…musimy trzymać się zasad Kochanie…A zasada jest taka, że jeszcze nie jesteśmy gotowi być razem.
-Wiem Malutka…wiem…ehhhh
Przykro było mówić te słowa…docierały do Nas obojga tak brutalnie…
-Ale jak wrócę to już będzie blisko moich urodzin Basiu. Masz ponad miesiąc… Spróbuj znaleźć dla mnie 2 dni bo chcę te urodziny spędzić tylko z Toba. Bo nie wiem jak ja to przeżyję…
Zamilkłam…chciałam się rozłączyć…Znów mam powtarzać te same słowa?! Ścisnęło mnie w dołku.
-Zobaczymy Januszku… Jeszcze mamy tyle czasu… Może jeszcze nie wrócisz…
-No tak, masz rację… Ale pomyśl o tym Basiu…
-Obiecuję- cmoknęłam głośno w słuchawkę…westchnął ciężko.
-Kurcze…tak Cię teraz przytulić… Budzę się w nocy i szukam Cię obok ale trafiam tylko na miękki podgłówek. Niefajnie jest uświadamiać sobie, że nie ma Cię obok Basiu…
-Wiem, wiem o tym….znam to…
-Mdli mnie, nie wiem co się ze mną dzieje ale czasem jak sobie o Nas myślę to robi mi się niedobrze,jakbym miał zwymiotować…tak mi jakoś ciężko na żołądku… Chyba coś mi jest…
-Nie Janusz…Nie wiesz co się dzieje?-uśmiechnęłam się szeroko do siebie
-Nie wiem…
-Chyba sie zakochałeś…
-O rany…Nawet o tym nie pomyślałem… A rzeczywiście zawsze jak mi tak ciężko bo myślę o tym, że powinniśmy być razem a nie osobno…zawsze wtedy mam mdłości… Ale numer… Nawet nie wiedziałem, że tak to jest….
-Tak to jest…ale tylko wtedy gdy kochasz i musisz tęsknić… kiedy nie jest łatwo…
-Basia, ja chyba oszalałem… Spakuj się Kochanie, zabierz co Ci potrzebne i uciekaj stamtąd, przyjeżdżaj do mnie…Na zawsze…
-Hehe-starałam się być jedyną rozsądną stroną w tym szaleństwie-Wiesz, że nigdy nie wrócę do Naszego miasta….Nigdy, przyrzekłam to sobie…Pozatym …Ehhhh…
-Wiem Basiu..Wiem…Ale czasem mam wrażenie, że tylko tak da się to wszystko posklejać…
-Nie, można to zrobić inaczej Kochanie… Ale teraz zostawię Cię z tymi myślami… Dobranoc Januszku…
-Dobranoc Basiu…
Głośne cmoknięcie w słuchawce i rozłączyłam rozmowę…
Tak naprawdę to sama siebie zostawiłam z tymi myślami… Ale wiem już, że Janusz naprawdę…wreszcie…pokochał mnie z całych sił…

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

czwartek 22 maja 2008

22 maj 2008 napisane przez pelasia

Mija kolejny dzień bez Janusza…
Codziennie mamy kontakt…
Mój tajny numer w tajnej komórce bezustannie jest wyłączony…mąż wciąż blisko… Odemnie więc zależy czy Nasze głosy splotą się choć przez chwilę… Dzwonię w tajemnicy, tylko w chwilach gdy tęsknota doskwiera mi zbyt mocno…
Mam zastrzeżony numer a jednak Janusz zawsze wie gdy to właśnie ja dzwonię… Odbiera i słyszę przyjemne: hallooooo….
W Jego dźwięku rozbrzmiewa radosna nuta, czułość i ulga po oczekiwaniu.
Ale te krótkie, ciche rozmowy to tak mało…tak strasznie mało….
Dziś naszła mnie konkluzja, że nic nie ma sensu, że My nigdy nie będziemy razem… że to się nie uda!
Ale poza tymi chwilami zwątpienia trwam raczej w biernym oczekiwaniu na ciąg dalszy.
Mąż nie rusza się z domu, całymi dobami leży w sypialni z pilotem w ręku. Nawet nie liczę na seks. Jest coraz gorzej. W tym roku kochaliśmy się moze 4 razy.
Nie..nie zastanawiam się czemu… Po co? Po 8 latach bycia razem nie chce mi się już nawet starać by to zmienić… Do tanga trzeba bowiem dwojga…
Czy kocham męża? Nie… Coś Nas łączy, to prawda….ale to chyba zbyt mało by związek małżeński mógł przetrwać… Już dwukrotnie w przeciągu 2 lat przeszliśmy poważny kryzys z rozstaniem w finale. Z braku innych opcji ciągnęliśmy to jednak dalej. Wygoda - ot, cała tajemnica.
Nie mamy dzieci. Nie udało się. I mam nadzieję, że sie nie uda póki nie będę pewna, że chcę spędzić z Ojcem dziecka reszty życia…
Ale…wróćmy do Janusza.
Wiele wydarzyło się w Naszym życiu. Ostatecznie historia rozwlekła się już na 15 lat. Nie wiadomo jaki będzie THE END. W każdym razie napewno jakiś nastąpi…
Dziś jednak jest mi niewymownie ciężko. Ale z drugiej strony cieszę się, że Janusz wyjeżdża… Będziemy mięli czas przetrawić to, co się dzieje…jakoś się z tym oswoić…przemyśleć…być może nawet zaplanować COŚ.
Nie będzie łatwo..ale kto mówił, że będzie łatwo?
Narazie warto przeczekać całą tę burzę emocji…zobaczyć czy przetrwa…choć…hehe…skoro przetrwała 15 lat….
Dziwny jest ten świat…
Cały obowiązek podjęcia decyzji leży na moich barkach. Janusz może tylko oczekiwać. Ostatecznie to ja jestem mężatką i zmiany w moim życiu byłyby o wiele drastyczniejsze od zmian w Jego życiu. A w grę wchodzi założenie wspólnej rodziny, ślub, dzieci itp itd.
Chociaż to nie gra…
Narazie kocham i chcę kochać…
Narazie jestem kochana i Ktoś o mnie marzy…
Narazie jednak moje dni nie ulegną zmianie… Muszę..Musimy czekać…

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

rok później…maj 2008

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Mąż wyjechał w długą trasę…na 8 tygodni. Po 3 tygodniach nudzenia się miałam okazję wysłać list do Janusza. Krótki. Nr telefonu i imię.
Zadzwonił natychmiast. Natychmiast przyjechał.
Tym razem powitał mnie słowami:
-wyjdź za mnie Basiu….czekaliśmy 15 lat, wyjdź za mnie błagam Cie…jestem wolny…
Uśmiechnęłam się i zamknęłam Jego usta pocałunkiem. Nie chciałam takich rozmów. A może nie byłam na to gotowa….
Spędzał u mnie każdą noc. Tylko przed pracą zabierał z domu lunch i wieczorem jadł obiad u siebie. Noce były Nasze. Tygodnie mijały. Weekendy spędzał z Synami. Dawno był po rozwodzie.
Ostatni weekend przed powrotem mojego męża spędził ze mną…
Było tak cudownie, jak nigdy wcześniej. Padło tyle słów…tyle myśli nigdy nie wypowiedzianych…. Wszystko zostało wyjaśnione, co powinno było być wyjaśnione przez pryzmat lat.
Zakochaliśmy się w sobie szalenie.
-Wyjeżdżam na kilkanaście tygodni Basiu…-powiedział ostatniej nocy…Twój mąż wraca jutro…Wiesz jak bardzo Cię kocham…tym razem napewno nie pozwolę Ci uciec przed tym, co czujesz i co ja czuję. Nie chcę dłużej czekać. Jak wrócę…musimy wszystko uregulować. Będziesz moją Żoną i już nigdy mi nie uciekniesz. Raz przeoczyłem najwspanialszą Basię na świecie i w życiu już tego nie powtórzę…
Padło wiele obietnic, planów…miłość po raz pierwszy rozkwitła….w pełniiii….
I znów jest wiosna… Wiosna jest Nam przeznaczona…
Mąż wrócił….dzwonimy do siebie w tajemnicy…
Nie ma piękniejszych i smutniejszych zarazem wspomnień ani piękniejszej i zlęknionej bardziej miłości niż jest teraz….między Nami…
Ale czy będziemy razem…okaże się za kilkanaście tygodni…
Ja nie mam odwagi powiedzieć mężowi, że dawno Go nie kocham…
Ale może tym razem miłość wygra?
To już przyszłość i będę o niej pisać… Bo dla Niej warto życ….
Wiem to ja, wie to Janusz, wie to Moja Mamusia, Tatuś, Jego Tatuś….
Teraz Jego rodzina mnie uwielbia….bo….Janusz przy mnie ożył, stał się szczęśliwym człowiekiem…Wiedzą kim jestem…. Ale teraz już nie jestem postrzegana przez nich jako Kopciuch lecz jedyny lek na Janusza ból…
Czy będzie happy end?
Możliwe…ale nie dla wszystkich…..

Minęło 15 lat od dnia gdy ujrzałam Go w drzwiach kawiarni i zmiękły mi kolana…..nadal mi miękna….Ale przy tym serce szaleje….

c.d.n.

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

kolejne 2 lata upłynęły…

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Wybiegłam z nowego mieszkania po szybkie zakupy. Przecisnęłam sie przez maleńki przesmyk między budkami handlowymi…i przy wylocie zderzyłam się z kimś nagle…
-O rany!-parsknął śmiechem staranowany głos.
Spojrzeliśmy na siebie….To był Janusz. Oboje zdumieni, zdezorientowani…rzuciliśmy się sobie w ramiona ale miejsce było strasznie publiczne, w okolicy nowi znajomi…Uffff…
-Janusz, nie mogę teraz nawet rozmawiać…muszę uciekać…
Szybko zapisałam Mu na kartce swój numer telefonu komórkowego i pobiegłam szeptając: odezwij się jak najszybciej.
Zadzwonił następnego dnia. Akurat sama byłam w domu. Wziął wolne i przyjechał natychmiast do mojego nowego miasta. Wpadł do mojego mieszkania i natychmiast wylądowaliśmy sobie w objęciach. Jak zawsze nienasyceni, żądni najpierw siebie, później słów…
Ja dobiegałam 32 lat, on 40. Było o czym rozmawiać.
Powiedział, że jest w trakcie separacji z Wioletą, że urodził im się drugi syn. Ogólnie miał nadzieję na lepsze jutro i żal, że stracił mnie tamtej strasznej nocy 23 sierpnia 1993. Było wiele słów.
Przez dwa tygodnie reagował na każdy mój telefon, odrazu urlop i gnał do mnie.
Ale po dwóch tygodniach zamilkłam, nie zadzwoniłam więcej, zmieniłam numer. Znów zniknęłam.
Sądził, że chcę zachować małżeństwo, że wybrałam…więc czasem tylko kręcił się na ulicy przed moim blokiem….nigdy nie dostrzeżony.

W końcu dał za wygraną wierząc, że nie zapomnę o Nim…

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

dokładnie rok później…

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Krótko po rocznicy śmierci mojej Mamusi Bohdan wpadł na szalony pomysł podczas spaceru przy Urzędzie Miasta.
-Idziemy?-wskazał z uśmiechem na USC
-Yhm- przytaknęłam z radością.
To było szalone… Wtorek…my w dresach…
Nazajutrz byłam już Jego żoną. Szybko jednak okazało się, że mąż uznał iż fakt, że się ze mna ożenił wystarczy za wszystkie inne dowody miłości. Ale walczyłam o to, by moje małżeństwo było piękne. Tyle, że w pojedynkę. Jego rodzina była odwiecznym powodem sporów. Głównie dorosłe dzieci. Nikt mnie nie zaakceptował, najpierw dlatego że jestem w ich wieku…później powodów narastało aż przestało mnie to obchodzić ale…napięcie w realcjach małżeńskich rosło.
Zaszłam w ciążę ale Teściowa nagle wylądowała jako bezdomna, przygarnęłm Ją do siebie. robiła jednak zamieszanie w Naszym małżeństwie podburzając Nas do awantur.Postanowiłam, że musi opuścić moje mieszkanie ale dla mojego dziecka było już za późno. W wyniku stresu poroniłam i być może nigdy nie zostanę Mamą.
4 lata po ślubie ,latem kłócąc się z mężem po raz kolejny o Jego okropną córkę…mąż wulgarnie mnie zwyzywał, odbiłam piłeczkę nazywając tymi samymi słowami Jego córkę…
Wtedy mnie uderzył.
Na drugi dzień kazałam Mu się wynieść ale mnie ubłagał. Został, lecz między Nami nigdy nic już nie było jak wcześniej.
Wyjechałam do pracy w nadmorskim kurorcie i tam poznałam sympatycznego mężczyznę z którym nabrałam odwagi by…..zemścić się za ten cios. Zdradziłam męża i świetnie się bawiłam. Czułam, że już nigdy Go nie pokocham.
Po powrocie z pracy odważyłam się zadzwonić do Janusza… Przybiegł natychmiast. Przysięgał rozwód, że mnie kocha, że nigdy nie pozwoli mi umknąc….Było pięknie…cudowna jesienna noc…My znów w swoich ramionach… Od ostatniego spotkania minęło 5 lat…
Pasja nie wygasła ani na chwilę… Wciąż rozkwitała. Po kilkunastu spotkaniach….a kończył się rok 2005…zniknęłam.
Janusz zapukał do drzwi mojego mieszkania a tam obcy ludzie. Mówią Mu, że dawno się wyprowadziłam do jakiegoś miasta i nikt nie wie gdzie…
Wrzucił kwiaty do kosza pod blokiem. Nie powiedziałm Mu ani słowa…a przecież wiedziałam….

Dla Niego wszystko straciło znaczenie….

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

marzec 2000…

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Wróciłam od znajomych… Byłam przemarźnięta i wkurzona… Po drodze kupiłam lody dla Mamy bo wiedziałam, że je lubi nawet zimą…
Spała gdy weszłam do mieszkania…
-O, już jesteś…. Ehhh, źle się czuję-powiedziała
-Ok, pogadajmy chwilę, zjedz loda i pójdę spać…
-Żartowałyśmy, smiałyśmy się…
Poszłam do swojego pokoju, położyłam się spać. Dochodziła północ. Wstałam i poszłam do Mamy, zobaczyć jak się czuje.
Jej ciało leżało oparte o ścianę…białka oczu wywróciły się do góry, spazmy agonii targały Jej ciałem…
Wpadłam w szok. Zaczęłam krzyczeć. Nie wiem jak wezwałam pogotowie. Przyjechali, stwierdzili zgon mojej jedynej w życiu przyjaciółki. Zaaplikowali mi środki odurzające, pomogli zadzwonić do rodzeństwa. Krzyczałam, że mogą Jej jeszcze pomóc. Wiedziałam, że nie mogli.
Moje życie razem z Jej życiem chyba dobiegło już końca. Nie pamiętałam pogrzebu, stypy. Pamiętam tylko Jej zimne, nieruchome ciało, którego już nigdy nie miałam zobaczyć. NIGDY. To słowo dźwięczało w moich uszach niczym pokusa. Nie chciałam życ. Pierwsze dwie doby od tej strasznej chwili rodzeństwo pilnowało mnie na zmianę bo gdy brat przybiegł w nocy na wezwanie sąsiadki zobaczył mnie zwisającą z okna II piętra głową w dół. Wiedzięli, że jestem skłonna pognać za Mamą. Nie chciałam żyć.
Po stypie zapewniwszy ich, że jakoś się trzymam i tylko potrzebuję samotności dla myśli poszłam do domu po drodze kupując litr wódki. W domu miałam w zapasach Mamy kilka opakowań relanium 5 mg. Ułożyłam to obok wódki. Wiedziałam, że nie dam rady żyć bez TEJ jedynej przyjaźni, że nie pogodzę się z tym, że nic nie mogłam zrobić… Może mogłam?????
Była już noc, pomyślałam, że to dobry moment, już nikt nie przyjdzie mnie szpiegowac i wtedy pomyślałam o Januszu. Moja Mama tak Go uwielbiała… W jakiś sposób łączyła Nas… Ona i Nasze nigdy nie zakończone uczucia… Pomyślałam, że chciałabym Go ostatni raz usłyszeć…
Zadzwoniłam.
-Janusz….Moja Mama umarła…-szlochałam-rano zabrali Ją do kaplicy….
Janusz rzucił słuchawke i za 5 minut był u mnie. Zostawił w nocy Żonę, dziecko, wszystkich i pognał do mnie…do dziś nie wiem czemu… Może pomyślał o tym, że w chwili śmierci Mojego Taty zawiódł??? Ale przeciez nie wiedział… Tamta gówniara mu nie przekazała, że byłam.
Tulił mnie i pocieszał aż zasnęłam bezwiednie. Potem, nad ranem poszedł do siebie by wyszykować się do pracy.
Nigdy nie psytałam czy był na pogrzebie. I nie spytam. A sama tak niewiele pamiętam…
Wódki wtedy nie wypiłam, tabletki zostały nietknięte na swoim miejscu.
W dzień kobiet pochowaliśmy moją Mamę. A myślałam, że tamten okres czasu był najgorszy w moim żcyiu….Nie! Śmierć Mamy….to mnie wewnątrz zabiło….
Janusz pojawił się w tydzień po pogrzebie. Przychodził z synem, sam. Spędzaliśmy potajemnie mnóstwo chwil. Był przy mnie przez 2 m-ce. Wtedy poznałam Bohdana. Starszy Pan, wdowiec z dorosłymi dziećmi, pomysłem na życie i sporym bagażem doświadczeń.
Spotykałam się z nimi na zmianę.
W 4-mce po śmierci Mamy Bohdan wprowadził się do mnie stopniowo separując się od dzieci. Ale zanim to nastąpiło Janusz przeszedł ze mną Gehennę. Wszystko przez…no właśnie…kogo tu winić?
Był maj, małe spotkanie w moim mieszkaniu. Ja, Janusza kolega i moja (od 20 lat) przyjaciółka. Wszyscy już dorośli. Ja 25 lat, Janusz 33. Monika 26 i Jurek 37. Miły towarzyski wieczór. Janusz rozpędził towarzystwo ok 22:00 i sam udał się do swojego auta by wrócić do Żony i codzienności. Stanęli we troje pod moim oknem nie widząc, że w nim “wiszę”. Wtedy usłyszałam:
-Janusz…chodź do mnie…Mam flaszeczke…Nic nie powiem Basi…Chodź do mnie na noc…-to moja “przyjaciółka” w ten sposób kupowała sobie noc z Januszem. Ze zdumienia opadła mi szczęka. Czekałam jednak na rozwój sytucji ale Janusz mnie nie zawiódł:
-Nie Monika. Ja Basi tego nie zrobię… Ona jest dla mnie zbyt ważna…
Poczułam niewysłowioną radość wobec Niego a wobec Niej pogardę jakiej nie znałam wcześniej.
I wszystko było dobrze gdy kilka tygodni później wyjrzałam sobie przez okno na ciepły letni wieczór. W drzwiach budynku gdzie miaszkała “przyjaciółka” (już nieaktualna wtedy) zobaczyłam zarys tulących się postaci. Nic więcej, tylko mężczyzna tulił do ramienia kobiete.
Zmroziło mnie. To był Janusz i Ona. Monika.
Nigdy się nie dowiedziałam co i czy do czegos doszło ale…wiedziałam, że to juz koniec i ej i Jego.
Na drugi dzień powiedziałam o wszystkim co się działo przez te lat Żonie Janusza. Wieczorem przybiegł do mnie wzburzony, Wioleta próbowała odebrać sobie życie. Bał się głównie o syna. Kochał Go. Nie krzyczał jednak tylko płakał….
-Basia…czemu? Za co to wszystko?
Nie powiedziałam co widziałam, wygoniłam Go z pogardą, nazwałam najgorszymi epitetami. On płakał a ja śmiałam Mu się w twarz. Nienawidziłam Go. A jednak…

Zniknął z mojego życia jak zraniony wilk….liżąc mnóstwo ran…

A ja postanowiłam zacząć życie od nowa.

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

4 lata później….

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Wyszłam na spacer z nowo przygarniętym szczeniaczkiem… Maleństwo z pasją biegało za mną jak za Mamusią… Wiosna zaczynała się piękna… Już liczyłam sobie 23 lata i psiak budził przyjemne uczucie potrzeby dawania… Bawiłam się z rozhasanym kudładym potworkiem gdy za plecami znajomy głos rzekł:
-Cześć Basia…
Odwróciłam się powoli, ciśnienie mi wzrosło… Wiedziałam, że zobaczę tego przystojnego ideała który pojawił się w odpowiednim ale i najgorszym okresie mojego życia…
Stał przedemną dojrzały i wspaniały mężczyzna. Bez wąsika, ale nadal powalająco atrakcyjny. Miał blisko 31 lat.
-Cześć…-spuściłam wzrok przypominając sobie o Guciu. Hasał nadal nie zważając na omdlenie swojej ludzkiej potwory.
-Co słychać-spytał próbując zatrzymać tę chwilę…
Pomyślałam, że chyba bezpiecznie będzie porozmawiać o dawnych fajnych czasach przy kawie.
-Przyjdź do mnie dziś ok 19 stej to porozmawiamy o tym, moja Mama też chętnie Cię zobaczy. -uśmiechnęłam sie próbując ukryć zachwyt.
-Dobra. Pobiegnę do domu i za chwilę przyjdę, obiecuję.-w Jego oczach było o wiele więcej radości niż mogłam marzyć.
Zjawił się, jak obiecał. Moja Mama uradowana odwiedzinami ulubionego byłego chłopca swojej kochanej córeczki doskoczyła do kuchenki by parzyć kawę. Przywitał się z Nią bardzo serdecznie. Widać było, że wyjątkowo się lubią i było to przyjemne. Pomyślałam o Jego rodzinie, która mnie nie cierpiała dawnymi czasy. Byłam swoistym mezaliansem. On “królewicz” nietuzinkowej urody, wykształcony i z tzw “dobrego domu” a ja…..typowy Kopciuch, grubaska, z nizin społecznych, bez szans na błyskotliwą przyszłość. Tylko Jego Ojciec do końca (zginął rok wcześniej) do końca to mnie widział na miejscu swojej Synowej, od mojego dzieciństwa.
-Usiądź-zaproponowałam rozedrganym głosem.
Patrzeliśmy sobie w oczy…i one mówiły wszystko. Nic nie minęło. Nie trzeba było słów.
Mama podała Nam kawę i nagle stwierdziła, że musi iść do znajomej w bardzo ważnej sprawie.
Wiedzięliśmy, że chciała byśmy wyjaśnili sobie wszystko w spokoju. Ale między Nami po Jej wyjściu nie było słów.
Janusz zerwał się z fotela, podbiegł do mnie, szarpnął mnie z siedzenia i wylądowałam w Jego ramionach. W milczeniu upajaliśmy się dawnym uczuciem. Mama długo nie wracała, nie zajrzała nawet do mojego pokoju (rodzeństwo już pozakładało rodziny i zostałyśmy same) obudziliśmy się nad ranem, znów bez słów upajając się swoimi tłumionymi uczuciami.
Janusz oddał mi swoją obrączkę ślubną mówiąc:
-Będziesz moja Basiu…przysięgam, że kiedyś będziesz moja, bo zawsze miałaś moja być!

Ja jednak zniknęłam , wyjechałam za granicę…. Poniosły mnie przygody…podróże…nowi ludzie…nowe miłostki…

Ale o Nim nie zapomniałam, odwiedzał jeszcze jakiś czas moją Mamę.

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

1993…

21 maj 2008 napisane przez pelasia

-Basiu, Kochanie….idź na dyskotekę…jest lato…spotkaj się z przyjaciółmi…zrób to dla starej Matki…-Mama z bólem wpatrywała się w moją umęczoną, od miesięcy nie znającą uśmiechu twarz.
Nie mogłam odmówić. Byłam jej to winna, by spróbować żyć jeszcze raz… Zadałam Jej przecież tyle bólu…
Byłam akurat po próbie samobójczej za pomocą której zamierzałam uwolnić się z toksycznego związku. Chłopak, który miał mi dawać radość zafundował mi piekło o jakim wcześniej nie miałam pojęcia, że istnieje… Abym nie odeszła szantażował mnie fingowanymi próbami samobójczymi w wojsku gdzie odbywał zasadniczą służbę. Kochałam Jego Babcię i Mamę…to były wspaniałe kobiety… Jedynym więc wyjściem z tej sytuacji dostrzegałam więc swoją własną śmierć. Ale dzięki Mamie przeżyłam. Dzięki niej uświadomiłam sobie, że nie chciałam krzywdzić Jego rodziny a……omal nie skrzywdziłam śmiertelnie własnej, ukochanej Mamusi… To nauczyło mnie jak odchodzić od takich bydlaków jak Arek. Odeszłam. Ale po tylu miesiącach ciągłego terroru nie potrafiłam się już cieszyć, bawić, uśmiechać…..wierzyć…
-ok Mamo, idę…
Szłam jakby usiłując iść wstecz, byle jak najdalej od tych wszystkich ludzi…ale szłam do przodu…
Na ulicy było cicho, dość ciemno…
Mijałam park gdy usłyszałam swoje imię:-Basia! Poczekaj!
Znałam ten głos…ale dopiero gdy wyłonił się z mroku skojarzyłam do kogo należy…
Nie mogłabym zapomnieć wrażenia jakie na mnie wywarł 3 lata wcześniej w kawiarence…
Teraz był jeszcze przystojniejszy. 26 lat, elegancki wąsik….wymężniał….
-Gdzie idziesz Basia?-spytał.
-Na dyskotekę, Mama….a zresztą…a czemu pytasz?
-Może wolisz moje towarzystwo?-sytał zupełnie niewinnie-spacer, rozmowa, miły wieczór…
W Jego głosie nie było żadnych aluzji czy podtekstów. Naprawdę miał ochotę na normalny wieczór bez alkoholu, kolegów i tłumów-co nie było do Niego podobne…
-Ok…-zgodziłam się bo nie miałam przecież ochoty na wrzaskliwy tłum na disco.
Janusz natychmiast podjął wątek…okazał się wspaniałym rozmówcą potrafiącym unikac niezręcznej ciszy. Ciepła letnia noc upłynęła Nam na rozmowach w oka mgnieniu. Nad ranem odprowadził mnie pod dom i ściskając moją dłoń poprosił o kolejne spotkanie.
Było cudownie, On..taki przystojny, dojrzały, wesoły….Po prostu zachwycający….
-Przyjdź po mnie o ósmej-powiedziałam a na mojej twarzy pojawił się od dawna nie widywany uśmiech. Odszedł nie próbując nawet mnie pocałować….
Mamusia widziała nowy płomyk w moich oczach…Opowiedziałam Jej o Nim. Przypomniała mi o czasach gdy pracowała z Janusza Ojcem w jednej firmie… Pamiętam, że Jego Ojciec wyjątkowo mnie lubił. Przynosił mi słodycze, nosił na rękach i mówił mojej Mamie, że będę Jego Synową… I ta nieszczęsna osiemnastka mojego brata w piwnicy…
W każdym razie na moją twarz wrócił uśmiech…

Spotykaliśmy się już kilka dni… Janusz był delikatny i blisko…ale nie inicjował bliższych konatktów typu np: pocałunek.
Wracaliśmy z dyskoteki na której przetańczył ze mną każdą tzw “pościelówę”…było całkowicie ciemno… Otworzyłam usta by mu coś wyznać i wtedy przypomniał mi się Arek, mój prywatny terrorysta przez którego nie byłoby mnie w tej chwili na Świecie gdyby nie Mama.. Pomyślałam, że nie mogę okazać żadnych emocji…tamtemu okazałam i co? Nikt mnie tak nie skrzywdził….temu też nie mogę zaufać…
Zanim jednak zamknęłam usta Janusz powiedział:
-No dawaj Basia…mów…Wiem,że chciałaś coś powiedzieć… Mów….
Ze zdumienia otworzyłam szeroko usta….przecież jest tak ciemno…skąd mógł wiedzieć?????
Nie odważyłam się dokończyć wcześniejszych myśli…uśmiechnęłam się natomiast zachwycona, zatrzymałam Nasz spokojny marsz i wtuliłam się w Jego ramiona… On znał moje myśli…..wiedziałam to….
Wtedy po raz pierwszy uniósł moją głowę podtrzymując mój podbródek i pochylił się do moich ust…
Tak jak wcześniej nienawidziłam tego typu kontaktów przez Arka …tak tym razem drżałam w oczekiwaniu na moment gdy poczuję Jego wargi na swoich…
Pocałunek rozmiękczył moje mięśnie, zrobiło mi się słabo…Janusz przytulił mnie mocniej…podtrzymując moje omdlałe ciało…
Wiedziałam już, że ten mężczyzna jest moim marzeniem….Ale wraz z tym wspaniałym uczuciem pojawił się paniczny strach… Strach przed kolejnym terrorem. Wtedy jednak jeszcze nie miałam sił by uciec.

Wakacje dobiegły połowy. Spotykaliśmy się z Januszem dość regularnie. Nie tworzyliśmy jednak pary. To nigdy nie zostało ustalone. Wiedziałam już, że jestem szalenie zakochana w Januszu. Jego stopniowe przyswajanie mnie osiągnęło skutek. Znów polubiłam dotyk….A Jego dotyk był cudowny. Kiedy okoliczności wreszcie zaczęły sprzyjać poddałam się temu, co czułam. Kochaliśmy się pięknie, był wspaniały, delikatny. Pokazał mi, że nie musi być źle, nieprzyjemnie….
Kochaliśmy się później dziesiątki razy w tygodniu nie mogąc nasycić się swoim dotykiem i wrażeniami. Nie byłam dziewicą….ale Arek skrzywił mój pogląd na seks. Janusz to “naprawił”.

Kończył się sierpień. Moje uczucie do Janusza sięgnęło zenitu. Wraz z nim lęk o życie….A co jeśli i On mnie zrani? Postanowiłam skończyć to zanim On mnie skrzywdzi.
-Janusz…nie chcę Cię więcej widzieć, nie chcę się z Tobą spotykać-powiedziałam ze spuszczoną głową…ale oczami wyobraźni widziałam Jego zaskoczony wzrok.
-Ale dlaczego?-spytał-co się stało?
-Nic. Po prostu nie chcę i już!-powiedziałam już nieco ostrzejszym tonem, czułam że muszę uciec….nie miałam innego wyjścia.
Pytał, próbował mnie przytulić, prosił… Im więcej bólu widziałam w Jego oczach tym brutalniej krzyczałam, żę ma się wynosić.
-Nie, nie odejdę Basia….-powiedział stanowczo po czym chwycił się ostatniej deski ratunku próbując uratować sytuację żartując-No chyba, że powiesz mi jedno solidne słowo….
-Spier….. !!!!!!- wrzasnęłam
-AAAAA, to się nie liczy bo Ci podpowiedziałem-uśmiechnął się i znów próbował mnie przytulic.
-Wynoś się bydlaku! Nie chcę Cię znać! Nie chcę Cię więcej widzieć! Nienawidzę Cię!- popłynęłam z potokiem słów.
-Jak to?-nie ukrywał zaskoczenia-Nienawidzisz?-niedowierzanie otwierało szeroko Jego piękne szare oczy.
Nie mogłam kłamać do końca… Nie dałam rady.
-Nienawidzę Cię Janusz! Nienawidzę za to, że Cię tak mocno kocham!!!!!!
W miejscu zaskoczenia pojawił sie radosny uśmiech, chwycił mnie mocno za dłonie.
-I to mnie cieszy Basiu…-szepnął
-Nie-powiedziałam patrząc Mu w oczy-Mnie nie cieszy. To naprawdę koniec. Odejdź i nie wracaj.
Po czym odwróciłam się zalana łzami i powoli znikałam w ciemności oddalając się od swojej miłości… Stał i wpatrywał się we mnie. Usłyszałam jeszcze tylko:
-Za tydzień Basia…Za tydzień będę na Naszej dyskotece…. Jesli przyjdziesz to znaczy, że chcesz mnie, że masz wreszcie odwagę opowiedzieć mi co zrobił Ci tamten bydlak bo wiem, że to przez Niego!!! Będę czekał! Proszę Cię…przyjdź!

Mijający tydzień wlókł się jak szalony jednocześnie pędząc przed siebie… Musiałam podjąć decyzję czy mam dość odwagi by kochac i być kochaną… Czy pozwolę odejść takiej pięknej miłości…
Sobota wieczór…Tak! Kocham Go! Nie pozwolę Mu zniknąć! Nie dam rady bez Niego! Idę!
Wiedziałam już czego chcę…

Wchodząc na dyskotekę gorączkowo rozglądałam się za swoim słodkim rycerzem…było jeszcze wcześnie…Jego więc nie było. Kupiłam colę i stanęłam w kąciku sali obserwując wejście.
Czułam się dziwnie, nieswojo… Coś było nie tak… Coś kazało mi wyjść… Coś kazało mi wracać do domu….

Poszukałam wzrokiem kogoś, kto mógłby przekazać Januszowi, że zaraz wrócę…Stała tam Ona… Iwonka…małolatka kochająca się na zabój w Januszu… Diabeł mnie podkusił,żeby Ją poprosić o pomoc.
-Iwona, niedługo Janusz powinien przyjść, przekaż Mu,że byłam ale musiałam na chwilę wyjść do domu. Niedługo wrócę.
Po czym gnana dziwnym niepokojem pobiegłam do domu czując żal, że nie mogę być tam i zobaczyć radości Janusza gdy zobaczy mnie, że podjęłam decyzję….
Wpadłam do domu. Cisza… Mrok…. Przebiegłam przez pokoje…Cisza….Z daleka widzę chybotliwe flesze świec…
Strach ścisnął mnie za gardło… Za drzwiami Mama…przebierała właśnie ciało mojego Taty. Zmarł 10 minut przed moim powrotem. Prawie straciłam przytomność. Ból jaki mnie uderzył wyczyścił moje myśli z Janusza…
Po pogrzebie w napadzie szalonego buntu spaliłam wszystko, co łączyło się z przeszłością…z tą sprzed śmierci Taty. Chciałam o tym zapomnieć… Nie pomogło… Mój Tatuś nie wrócił.

Tydzień po śmierci Taty spotkałam Janusza. Zobaczył moją bladą twarz i podbiegł pytając co mi jest, czy jestem chora. Zauważył czarną wstążeczkę na moim kołnierzu. Zbielała Mu twarz. Spytał co się stało. Moja koleżanka odpowiedziała Mu za mnie. Chciał mnie przytulić.
-Basieńko…nic nie wiedziałem…O Matko… Basiu…. Proszę… Porozmawiajmy….
Spojrzałam na Niego obojętnym wzrokiem i choć miłość do Niego bolała postanowiłam zamknąć przeszłość której On był częścia….
-Odejdź… Nie mam czasu…-odepchnęłam Go i ruszyłam przed siebie nie oglądając się na Niego.-Basia…proszę Cie…-prosił smutno. Ale byłam głucha na wszystko. Otępiała na własny ból.

-Basiu..Tata nie życzył sobie żadnej żałoby… Idź Kochanie na dyskotekę, spotkaj się z przyjaciółmi…Wystarczy ta żałoba w sercu-powtarzała mi moja Mamusia. W przeciągu tak krótkiego czasu bolało tyle wydarzeń, bała się o mnie. Poszłam na dyskotekę. Spotkałam kolegę sprzed lat, piękny jak Apollo, rok starszy odemnie. Janusza jeszcze nie było. Poszam z Piotrem na spacer. Miałam zamiar ustalić na ile moja zadurzona w Nim kolażanka ma u Niego szanase ALE….Wróciliśmy ze spaceru jako para. Piotr oświadczył, że czekał na mnie 3 lata więc tym razem nie pozwoli mi uciec.
Trzy lata wcześniej chciał być oficjalnie moim chłopcem ale ja akurat miałam już chłopca więc rzuciłam bezmyślnie: może innym razem.
Tym razem jednak byłam wolna…ale tylko fizycznie. Zgodziłam się jednak być Jego dziewczyną….”A co mi tam, śliczny jak z żurnala”-myślałam…
Zobaczyłam Janusza. Stanęłam więc przed dyskoteką i przytuliłam się do Piotra ostentacyjnie całując Go w usta. Odwzajemnił to wspaniale ale nawet tego nie dostrzegłam, chciałam by Janusz widział ten fakt. I widział. W Jego wzroku było niedowierzanie. Weszliśmy na parkiet po czym pod wymówką skorzystania z toalety wybiegłam na zewnątrz. Janusz stał w miejscu z którego ze zdumieniem przyglądał się mom pocałunkom z Piotrem…i nadal wpatrywał się w wejście z rozczarowaniem, smutkiem , zdumieniem.
Podbiegłam do Niego nie chcąc podpaść Piotrowi na pierwszej randce.
-Co to miało być?-spytał Janusz.
-Co?-udawałam, że nie wiem o czym mówi.
-Co to za facet?-nalegał i był już wkurzony.
-To…Piotr…-nie było już odwrotu, musiałam powiedzieć-mój chłopak….
Patrzeliśmy sobie w oczy bez słów, po czym Janusz rzucił piwem, które roztrzaskało się o ścianę budynku i warknął:
-obys tego nie pożałowała…
Odwrócił sie i odszedł a ja pobiegłam do Piotra, który akurat wyszedł zaniepokojony na zewnątrz szukając mnie.
Spojrzałam ostatni raz na Janusza, odchodził…

Tydzień później znów dyskoteka…Przyjechaliśmy z Piotrem Jego nowym autem…On piękny jak Apollo, ja ładna ale szara mysz. W środku zobaczyłam Janusza a na Jego kolanach jakaś dziewczyna… Zauważyłam, że to koleżanka z klasy mojej siostry, starsza odemnie o 3 lata.
Udałam obojętność przechodząc obok nich wtulona w Piotra… Ale oczy moje i Janusza musiały się spotkać. W Jego oczach było: ostrzegałem! W moich: mam to gdzieś! Ale za tym krył się głęboki smutek… Nasz wspólny…

Wkrótce skończyłam 18 lat… Obchodziliśmy je hucznie. Dwa miesiące później zaproszono mnie i Piotra na osiemnastkę mojej przyjaciółki. Tam zrozumiałam, że nigdy nie pokocham Piotra i postanowiłam się od Niego uwolnić. Zerwałam z Nim. Prosił, błagał, pytał. Bez echa. Rozstałam się z Nim bez żalu. Przez pół roku snułam się jak cień….bawiłam się starając się nie myśleć o wszystkim co miniony rok mi zafundował. Wciąż kochałam Janusza… Ale nie widzięliśmy się od dnia gdy na tej dyskotece On trzymał na kolanach Wioletę.

Marzec 1994. Zimowy wieczór. Ktoś dzwoni do drzwi. Otwieram je… Janusz. W garniturze, wystrojony. Stoi, patrzy na mnie i milczy.
-Czego chcesz?-spytałam wpuszczając Go do skromnej kuchni.
-Basiu…próbował mnie przytulić. Basiu…poszę….
-Czego chcesz pytam?!-warknęłam.
Jego widok rozpuszczał cały lód w moim sercu, marzyłam by znów mnie pocałował, by objął mnie mocno i szeptał piękne sowa…
-Basiu. proszę Cię…powiedz tylko słowo a nie zrobię tego jutro…. Powiedz, że mam tego nie robić Kochanie… Powiedz Basiu, zostanę tu na zawsze, z Tobą…tylko powiedz, że tego chcesz….
Nie miałam pojęcia o czym mówił. Jutro? Sobota?
-O czym Ty do cholery mówisz?-odepchnęłam Go od siebie…
-Ty….nie wiesz?….-spytał zaskoczony…
Zastanowiłam się chwilę czy ktoś coś mi donosił…
-Nie wiem o czym mówisz…-wzruszyłam ramionami
-Jutro mam ślub z Wioletą-powiedział i wstrzymał oddech.
Zamurowało mnie, stanęłam w miejscu jak wryta. Zalała mnie lodowata fala nienawiści. Gdy odzyskałam możliwość mówienia odwróciłam się do Niego twarzą i wysyczałam:
-Ani z tą….ani z żadną inną..z żadną…nigdy nie będziesz szczęśliwy!!!! Dopóki nie oddasz mi moich uczuć!!!!!
W tym momencie błysk rozszarpał niebo, dziwny marcowy grzmot podkreśił moje słowa. Z Janusza oczu popłynęły łzy.
-Powiedz proszę…a nie zrobię tego, zostanę tutaj z Tobą na zawsze…
Z kamienną twarzą otworzyłam drzwi i wysyczałam:
-Precz!!!!
Wypchnęłam Go za drzwi. Mój Świat runął po raz kolejny…w przeciągu 1.5 roku.

Wtedy postanowiłam, że juz nigdy nikogo nie pokocham.
Janusz ożenił się z Wioletą, wkrótce po tym urodził im się syn.

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

Odsłona druga….

21 maj 2008 napisane przez pelasia

-Baśka! Szykuj się, koledzy zaprosili mnie do kawiarni…może będzie miło….ale sama nie idę…idziesz ze mną…-koleżanka wparowała do mojego mieszkania ledwo rzucając przez ramię “dzień dobry” do mojej Mamusi.
-No ok, ale co to za jedni?-spytałam od niechcenia bo w sumie nie miałam tego wieczoru żadnych planów a przecież zaczęły się wakacje…
-Zobaczysz, są w porządku…ale trochę starsi od nas…-w jej spojrzeniu czaiła się obietnica, wiedziała, że uwielbiam towarzystwo starszych…no powiedzmy ,że napewno już mężczyzn…
Oczywiście dostrzegła nagły błysk ożywienia w moich oczach.
-Ile?-spytałam licząc na cos imponującego.
-22-szepnęła Agnieszka
Zakryłam usta dłonią, żeby nie jęknąć z zachwytu….Obie miałyśmy po 15 lat.
Trzebabyło utrzymać tajemnicę przed rodzicami…inaczej kaplica, choć….w sumie nic poza ich towarzystwem nas obu nie interesowało….

Siedziałyśmy już w kawiarni popijając colę, hicior 1990 panującego ówczas roku. Agnieszka walnęła mnie łokciem w żebra.
-Patrz! Są!

Choć siedziałam moje nogi totalnie zmiękły… Dłonie opadły mi bezwładnie na stół i uchyliłam usta wpatrując się w jednego z nowoprzybyłych. “Cudo” -pomyślałam…
Usiedli naprzeciw Nas i przedstawili się mnie, bo Agnieszkę już znali… Zamówili sobie piwo i rozpoczęli bardzo zabawną rozmowę…Ale nie ze mną…

Ja wpatrywałam się ukradkiem w siedzącą naprzeciwko twarz…Lekki wąsik, kręconą czuprynkę z mocno wypłowiałymi od słońca lokami…
Gdy tylko spojrzał na mnie mimo swojej buńczucznej natury zalewałam się rumieńcem…
Po trzech piwach wreszcie się do mnie odezwał:
-A ty dzieciaku do domu, spać a nie o tej porze po kawiarniach się włóczysz….

Jakby ktoś walnął mnie w głowę pięciokilowym młotem. Oburzenie, zażenowanie, smutek, rozczarowanie….wszystko to zalało mnie w jednej chwili. Uciekłam do domu…

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

Pierwsze spotkanie…

21 maj 2008 napisane przez pelasia

Miałam zaledwie 10 lat… mój brat zaprosił do Naszego skromnego mieszkanka kolegów ze szkoły… Świętowali Jego osiemnastkę…
Był moim idolem więc rzecz jasna snułam się za Nim jak cień…..pozatym uwielbiałam towarzystwo tych “olbrzymich” kumpli Darka.
Pozwolili mi przesiedzieć obok nich niemal całą imprezę ale…gdy wpadli na pomysł wywoływania duchów w blokowej piwnicy moje towarzystwo zaczęło być uciążliwe. Postanowili się mnie pozbyć.
Wywoływali duchy…niby im odpowiadały, ale wciąż tę samą kwestię, że Basia ma opuścić miejsce “kontaktu” albowiem posiada przy sobie przedmiot wyświęcony. Nijak nie mogłam ich oszukać….a że się bałam to próbowałam zachować odrobinę ochrony….pierwszokomunijny łańcuszek z medalionem.
Z płaczem uciekłam do Mamy żaląc się, że mnie tam nie chcą…
Był rok 1985….ON TAM BYŁ!!!

Stworzono w Pamiętnik Pelasi | 0 komentarzy

 

Profesjonalne bezpłatne statystyki www