maja 25

Pasjonatka fotografii, sztuki życia, kontrowersji i tańca - tak, to o mnie. Pierwsze trzy pominiemy przy tej notce, chociaż druga kategoria nawet by tu pasowała. W końcu sztuka mojego życia silnie wiąże się z tańcem…

Zacznijmy od “dnia początku”. A jego początkiem było oczywiście wstanie z łóżka. Jak to miło zostać obudzonym na śniadanie po tygodniu wcinania zupek chińskich. Tego zwykły śmiertelnik nie potrafi sobie wyobrazić. Jednak, żeby przedstawić dzień, jakim była sobota, trzeba najpierw przedstawić poglądowo wcześniejsze (prawie) 2 miesiące…

Do Lilla House trafiłam właściwie przypadkowo i uważam to za jeden z najtrafniejszych przypadków w moim życiu. To nie to co przypadek, a właściwie wypadek, przez który zderzasz się ze słupem wysokiego napięcia, albo przewracasz się na czyjś stół w restauracji, trafiając twarzą wprost w talerz z zupą krewetkową. To rodzaj przypadku, który zmienia całe Twoje życie w jedno wielkie puszyste ciastko z kremem czekoladowym i dzięki któremu żadne dotychczasowe i przyszłe porażki nie są w stanie zaburzyć Twojego szczęścia. Pewnego dnia poszłam na żywioł, wzięłam 100zł i wybrałam się z przyjaciółkami na trening tańca do miejsca zwanego Lilla House, mieszczącego się gdzieś tam (dla Ciebie być może nawet “za górami, za lasami”). Byłam szczerze przerażona… “Jeej.. Wszyscy będą się na mnie gapić. Ruszam się jak hipopotam. Zrobię z siebie debila…”, ale takie myśli nie są mi w stanie przeszkodzić, kiedy mam plan by czegoś dokonać. Trafiłam do grupy jfh/hip-hop prowadzonej przez Asię Szewczuk – niezwykle charyzmatyczną, młodą osobę. Od tej dziewczyny promieniuje taka energia, której nikt nie jest w stanie NIE zaabsorbować. Rozgrzewka była ognista i żywiołowa. Tak ognista, że później przez kilka dni parzyły mnie stopy i tak żywiołowa, że mimo tych parzących stóp cały czas chciało mi się skakać. Pierwszy układ, jakiego się nauczyłam na „Asiowych” zajęciach, tańczyliśmy do piosenki „Forgot about Dre”, ale mniejsza o to do czego tańczyłam. Ważne, że taniec wciągnął mnie jak Trójkąt Bermudzki wciąga statki i samoloty. Każdy następny trening był coraz ciekawszy. Już po kilku zajęciach dowiedziałam się o tym, że nasza grupa ma uczestniczyć w pokazach tanecznych. Cóż… To trochę przerażające, będąc tak niedoświadczoną tancerką. Początkowo występy miały się odbyć 6-ego kwietnia, później zostały przełożone na 13-tego, później na 26-ego, ostatecznie terminem stała się jednak sobota 24-ego maja. Do tego czasu nauczyliśmy się wielu nowych rzeczy. Mieliśmy zajęcia z różnymi instruktorami, a instytucja jaką jest Lilla House stała się dla wielu z nas prawdziwym domem. To niesamowite, jak obcy ludzie w ciągu tak krótkiego czasu mogą stać się Twoją rodziną. A Lilla House niewątpliwie stało się już moim domem. Z niecierpliwością czekam na każdy trening. Nie wiem już czy to z powodu tańca, czy magii, która otacza to miejsce. Czasem przychodzę na zajęcia z dwugodzinnym wyprzedzeniem, ot żeby sobie trochę tam pobyć. Poleżeć na Lilla-kanapie, posiedzieć na Lilla-parkiecie i popatrzeć na Lilla-ścianę. Z upływem minut pojawiają się kolejne osoby. Pokochałam już całą tą grupę i ciężko by było, gdyby jakimś sposobem ktoś ją opuścił. Szczególnie przywiązałam się do pewnego wyjątkowego rodzeństwa (z którym już łączy mnie nie tylko taniec, ale i zamiłowanie do strzelania w siebie nawzajem z pistoletów na kulki) i jednym niezwykłym chłopakiem. Nie wspomnę już o dwóch cudownych osobach, które pokazały mi to miejsce. Po co wspominać? 10-letnia znajomość sama w sobie świadczy o przywiązaniu.

Wszyscy ci ludzie są naprawdę niesamowici i łączy mnie z nimi tyle wspomnień, że trudno byłoby się pogodzić ze stratą którejkolwiek jednostki. Z pewnością niezwykłym przeżyciem były urodziny Asi, dzięki którym się tak zgraliśmy. Każdy miał swój wkład w prezent i było w tym wiele uczucia i radości, że możemy jej się jakoś odwdzięczyć za jej pracę. Nagrodą dla nas było jej zaskoczenie, kiedy to weszła do ciemnej sali, zapaliła światło a my zaśpiewaliśmy dla niej „sto lat” (nie wiem, kto się wzruszył bardziej – Asia czy ja). Późniejsze odpakowanie prezentu i powtarzanie „Nie spodziewałam się. Jeju.. Jesteście zajebiści. Ojaa.. Jesteście naprawdę zajebiści..” również było niesamowicie satysfakcjonujące i wzruszające. Każdy na pewno przeżył to na swój sposób, ale chyba dla wszystkich najważniejsze było jej zaskoczenie i radość.
To na tyle „historyjki poglądowej”. W końcu to miała być opowieść o sobocie 24-ego maja, bo o całokształcie Lilla z pewnością jeszcze wiele razy napiszę…

Jak już mówiłam, zostałam obudzona na śniadanie po „tygodniu przetrwania” (to był straszny tydzień – nie miał mi kto ugotować porządnego obiadu). Nieważne, co jadłam, bo i tak nie mogłam zjeść zbyt dużo – motyle w brzuchu przeszkadzają w spożywaniu. Byłam cholernie zestresowana. Cały czas myślałam, że do 19.00 (o tej porze miała się odbyć impreza) zapomnę wszystkie kroki, że pewnie podczas pokazu spadnę ze sceny, albo ogólniej – zrobię z siebie debilkę, bo w końcu w tym jestem najlepsza. O 13.00 miał się pojawić u mnie wspomniany wcześniej „niezwykły chłopak”, aby wspólnie wybrać się na zakupy mające na celu skompletowanie potrzebnego stroju. Skompletowanie oznaczało tu właściwie zakup zielonego podkoszulka. Jako, że jedną z cech „niezwykłego chłopaka” jest dosyć niezwykłe spóźnianie się, spotkaliśmy się ponad godzinę później gdzieś po drodze (to spóźnianie się jest nawet urocze). Były sobie zakupy… No i tyle… Po prostu sobie były. Nawet się udały, mimo że chciałam więcej niż kupiłam. Później, jakimś cudem trafiliśmy do Manufaktury, gdzie praktycznie wypiliśmy tylko herbatę. Ale jaka to była herbata! (Może wspomnę tutaj, że pasjonuję się też smakowaniem najprzeróżniejszych herbat – dzięki mojemu Jarkowi, który kiedyś zafundował mi takie jedno pudełko pełne pyszności – i tak się składa, że to jest cecha, która łączy mnie z tym moim kolegą… Hmm… W sensie zamiłowanie do herbaty, a nie otrzymanie pudełka.) Honeybush Wiśnia – polecam. Mniejsza o to… O 17.00 mieliśmy się spotkać z „rodzeństwem” i jedną z moich „10-letnich znajomości”. Wspólnie wyruszyliśmy w stronę Toya Studios na ulicy Łąkowej 29. Czekała na nas sala z miejscami dla 700 osób i dosyć dużą sceną, a także… Koedukacyjna przebieralnia. Wszyscy się jakoś z tym pogodzili, przebrali i Gosia (właścicielka Lilla House – piękna a zarazem niezwykle sympatyczna osoba) zaprosiła wszystkie grupy na widownię. Mieliśmy być wywoływani. Stres zżerał wszystkich od środka, ale miało być to wielkie wydarzenie. BYŁO! Pierwszą grupą, jaka zatańczyła, były dzieci z grupy Svetlany Basyrovej. Młode baletnice w wieku 3-9 lat, były tak przeurocze, że trudno było oderwać od nich wzrok. Później oczywiście pojawił się wszechobecny Rafi, prowadzący grupę jfh dla dzieci (pewnie nawet nie jedną). Po kolei występowały grupy początkujące i średniozaawansowane. Za najbardziej udany uważam pokaz New style’u w wykonaniu grupy Artura Frontczaka. Byli naprawdę niesamowici, pokazali świetną synchronizację i naprawdę wysoki poziom. Nasz występ miał nastąpić zaraz po „Mariuszowym”, o którym się nie wypowiem ze względów technicznych – byłam już po drugiej stronie sceny, co oznacza że go nie widziałam. Jako, że Mario zawsze dysponuje niesamowicie żywiołową muzyką, poruszałam się trochę za sceną do tych gorących rytmów. W moich ruchach było trochę hip-hop’u, trochę jazz’u i duża odrobina dancehall’u. W końcu zostaliśmy wywołani… „Ojaa… Ojaa… Teraz my! Boże… Oni się patrzą. Jeju… Tu jest telewizja! O nie! Jest nawet fotograf. Jezu! Ja nic nie pamiętam!…”. W momencie wchodzenia na scenę wszystko minęło. Cały stres został za kulisami. Teraz był nasz czas. Mój czas. Moja chwila by zaprezentować to, czego się nauczyłam. Grupa zielonych (alias Żaby, czyli my) kucnęła na środku sceny, a grupa czerwonych (alias Biedronki, czyli oni) stanęła przed nami. I zaczęło się! Turutu, Turutu, Turutu, Turutu (Biedronki się rozsuwają, Żaby powstają], „Dirty South, Can ya really feel me…” – w tym momencie zaczęła się nasza chwila! Nasza „Żabowa” część! Zatańczyliśmy najlepiej jak mogliśmy i chyba pokazaliśmy wiele. Koniec. Tududutudu, Tududutudu, Tududutudu, Tududutudu, „Ain’t nobody rock it like this…” (Żaby się cofają, wchodzą Biedronki). Oni też zatańczyli jak potrafili najlepiej i też pokazali, że są boscy. Unc, Unc, Unc, Unc. Nadchodzi bitwa pomiędzy Żabami a Biedronkami. Chodziło mniej więcej o „Spieprzać nam ze sceny”. „I can here your booty call, BOOTY CALL!, YOUR BOOTY CALL!” … Nasz pokaz trwał zaledwie 2.04 minuty, ale to były niesamowite 2.04 minuty. Odkryłam, że najlepiej czuję się na scenie… Tak, scena to niesamowite miejsce, gdzie odchodzi cały strach i pozostaje tylko euforia… Radość z tego, że jesteś w centrum. Przez tą chwilę możesz poczuć się gwiazdą, nawet jeśli Twój występ zapamiętają tylko rodzice… I po raz kolejny stwierdzam, że nasza grupa jest niesamowita, a Asia jest wspaniałą instruktorką. Dzięki niej mogliśmy to wszystko pokazać. Ona nas zmotywowała i natchnęła swoją niewyczerpana energią. Wróciliśmy na swoje miejsca, z uśmiechami od ucha do ucha, bo chyba każdy z nas odkrył, że jest bestią estradową. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Jako, że Krystian siedział na schodku przede mną (mimo, że było 700 miejsc siedzących, duża ilość osób miała miejsca stające, bądź siedziała na podłodze), wyładowałam trochę tego szczęścia na nim. Dostał dwa całusy w policzek i został wyszturchany. Nie wiem, kto tańczył po nas, bo już nie zwracałam na nic uwagi. Cały czas miałam ze sobą energię ze sceny, która zaćmiewała wszystko inne. Wiem, że na pewno był taniec towarzyski, bo Maks po raz kolejny pokazał, że jest bardzo wszechstronnym tancerzem. No i pamiętam jeszcze pokaz grupy zawodowej, który był naprawdę wyjątkowy. Można by powiedzieć, że jak wszystko tego wieczoru, ale to była wyjątkowość nad wyjątkowości. Na występie grupy zawodowej, wieczór niestety się skończył, ale w sercach pozostanie długo. Szczególnie dla tych, dla których było to pierwsze w życiu takie wydarzenie, czyli np. dla mnie i całej grupy „środa/piątek”. Było to cudowne przeżycie dla każdego, lecz trzeba było się pożegnać, jak zwykle ciepło i z uśmiechem na twarzy. W końcu spotkamy się znowu w środę i będziemy trenować dalej.

Wracając do domu nie mogłam przestać mówić. To wszystko było tak wyjątkowe… Tak niesamowicie niemożliwe! Tak eteryczne i magiczne, jak całe Lilla House. Na pewno nie zapomnimy. Nie da się! Po prostu się nie da!

…Jak tylko otrzymam zdjęcia, z pewnością umieszczę je tutaj. Ot, żeby wspominać…